Dlaczego powinieneś używac Bucket List?

0
4
Dlaczego powinieneś używac Bucket List?

Nie każdy lubi sporządzać listy. Planować i organizować, układać sobie zakupy, harmonogram sesji, wydatki. Wszystko to nazbyt pachnie dorosłością i nie jest to przyjemny zapach, przynajmniej od czasu, gdy skończyliśmy pięć lat i przestaliśmy udawać, że idziemy radośnie do pracy w za dużych szpilkach mamy (bądź błyszczących butach taty, bez wyraźnych rozróżnień płciowych, bo wiadomo, gender). Jest jednak wyjątkowy rodzaj listy, uderzając w patetyczny ton, lista nad listami, królowa list, która skusi nawet Piotrusiów Panów. The bucket list.

Kilka słów wyjaśnienia zanim ktoś sięgnie po wiadro pomyj, co by je wylać na moją amerykańskość. Najwyraźniej coś w istocie bucket list nie odpowiada słowiańskiemu charakterowi, bo na próżno szukać terminologicznego odpowiednika w naszym języku ojczystym – jest to, najkrócej ujmując, lista rzeczy to zrobienia przed śmiercią. Angielski źródłosłów niewiele nam pomoże (od „to kick the bucket” – kopnąć w kalendarz, odwalić kitę), bo „lista kalendarzowa”, czy „lista kity” brzmią co najmniej durnie (OK, „lista kity” zaczyna mi się podobać, ale to nie pora i miejsce na rewolucję). Identyczny problem napotkali dystrybutorzy (swoją drogą całkiem dobrego) filmu z duetem Nicholson + Freeman (The Bucket List, 2007) i rozwiązali go ze znaną sobie fantazją – produkcję znamy jako Choć goni nas czas. Niby w porządku, ale jak zwykle trochę żenada. (Tutaj muszę zrobić dygresję i obowiązkowo wyrazić swoje nieustające zdziwienie telenowelowym tłumaczeniem tytułu genialnego Buffalo ’66. Kto nie zna, niech sprawdzi).

Wracając do bucket list, ale kontynuując skojarzenia filmowe – jest taka scena w Fight Club, gdzie Tyler jadąc szaleńczo samochodem pyta swoich pasażerów (dwójka bohaterów nieistotnych z punktu widzenia fabuły) co chcieliby zrobić przed śmiercią. Wybudować dom, namalować autoportret. Klasyczny przykład bucket list. Oczywiście nie zawsze muszą towarzyszyć jej tak dramatyczne warunki – wystarczy kartka i długopis (powiedział dinozaur) i może być ciepło i bezpiecznie. Dobrnęliśmy więc do punktu, w którym nasuwa się zasadnicze pytanie – po co?

A no właśnie. Stajemy na rozdrożu, gdzie po jednej stronie możemy przechadzać się wśród sympatycznych argumentów spod znaku „dla zabawy”, z drugiej zaś au contraire, rzecz potraktować poważnie. W tym miejscu, cytując każdy szanujący się horror, wypada mi powiedzieć jedno – rozdzielmy się.

Pół żartem

Często bywa tak, że wpada się w towarzyską rutynę. Te same mordki, choćby nie wiem jak kochane, w tej samej knajpie, po raz n-ty, mogą wpędzić w nieprzyjemny nastrój powtarzalności. I tutaj, jeżeli chcecie złapać ożywczy wiatr w żagle, zaktywizować się, ale nie macie tyle talentu, żeby założyć zespół lub poczytalności, żeby zawiązać koło naukowe – stwórzcie swoją bucket list. Bawcie się formą, która jest bardzo elastyczna. Lista wcale nie musi być indywidualna, natomiast deadline nie musi być taki dosłowny i ostateczny.
Popularnością cieszą się student bucket lists, czyli rzeczy do wykonania zanim ten błogosławiony czas beztroski, zwany studiami, dobiegnie końca. Inspiracji może tutaj dostarczyć jak zwykle Internet, choć wyjaśnijmy sprawę od razu – wiele dla siebie nie znajdą tu ci, którzy raczej stronią od alkoholu i płci przeciwnej (lub tej samej, bo wiadomo, queer). Odhaczanie kolejnych punktów na liście z pewnością pójdzie wam łatwiej, aniżeli próba przypomnienia sobie dzień po imprezie o tym świetnym pomyśle, który mieliście między piątym piwem a trzecim shotem.

Pół serio

Potencjał bucket list nie kończy się za progiem baru o piątej nad ranem w objęciach nieznajomej brunetki. Ma ona również zastosowanie jako całkiem przydatne narzędzie do wizualizacji celów. Jeżeli wielokrotnie planowaliście, że nadchodzące wakacje wreszcie spożytkujecie na naukę hiszpańskiego i gry na gitarze, że w końcu zwiedzicie Europę i zaczniecie uprawiać sporty ekstremalne, a w rezultacie wrzesień zastawał was w łóżku przed laptopem – to znak, że być może źle zabieracie się za sprawę i warto zmienić strategię. Wypunktować swoje plany i cele i dać sobie trochę więcej czasu (na przykład całe życie).

Dodatkowo dla listy najlepiej znaleźć centralne miejsce na ścianie, aby mogła was prześladować (znaczy się motywować). Satysfakcja z każdego zrealizowanego punktu będzie ogromna, wasza samoocena wskoczy na kolejny poziom i tak stworzycie samonapędzającą się maszynę, która wprowadzi element przygody i wyzwania do waszego życia. Tych, którzy skrzywili się protekcjonalnie przy ostatnim zdaniu uspokajam, że nie czuję się odkrywcą przepisu na życie spełnione i szczęśliwie – z pewnością świat pełen jest pożółkłych bucket lists, które skończyły swój krótki żywot w koszu na śmieci. Bo niestety, mama i pani od polskiego miały rację mówiąc, że liczą się chęci, wytrwałość i systematyczna praca nad sobą (tak, potrzebne również do realizacji planu spędzenia tygodnia na rauszu, czy złapania stopa do Mrągowa. Nago).

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here